Plany były wielkie. Pierw na lotnisko, oddalone 50 kilometrów od naszego domu a później samolotem prosto do Miami. Plaża, słońce, ocean... ta, super... szkoda tylko że na lotnisko nawet nie dojechaliśmy. Jakieś dziesięć minut po wyjechaniu z domu, skończyliśmy na drzewie. No i w skrócie tak to wygląda. Ja, tata, Niko... umarliśmy na na miejscu. Moja dusza jednak została na ziemi, zostałem duchem.
***
Leżałem właśnie na łóżku w swoim pokoju, grałem w grą na konsoli. Wszystkie przedmioty martwe jakie dotykałem, stawały się niewidzialne, a gdy je puszczałem, wracały do normy. A ludzie... ludzi nie mogłem dotykać. Nagle, usłyszałem ryk silnika auta i otwieranie drzwi. Niechętnie wyłączyłem grę i zamknąłem swój pokój na klucz. Jako jedyny miałem klucze, nikt mi tu nie będzie wchodził, nie ma mowy! Wyszedłem z pokoju *Jako duch przenika przez przedmioty* i zszedłem na dół.
- Ooo, nowa rodzinka. Ciekawe ile wy tu wytrzymacie, nie no, obiecuję że nie będę przesadzał. Nie chcę żeby któryś z was zszedł na zawał. - powiedziałem opierając się o barierkę schodów.
Usiadłem na schodach i przyglądałem się im.
Rose?
Brak komentarzy
Prześlij komentarz